Pierwsze eksperymenty z aplikacją Clubhouse...

Trochę zwlekałam z instalacją i wejściem w świat nowej aplikacji Clubhouse. Było o niej dość głośno. Ponieważ spędziłam dłuższy czas na pracy w skupieniu, czułam się trochę tak jakby przez te kilka dni świat stanął na głowie a ja to przegapiłam. Pierwszy objaw FOMO (Fear of Missing Out). Kiedy już skończyłam moje zadania, zdobyłam zaproszenie i zaczęłam przyglądać się temu, co tam się dzieje. Jedni mówią, że to radio internetowe, inni że nowy IRC, jeszcze inni czekają aż moda przeminie i wrócimy do "normalności". Jak będzie?

Przez kilka dni brałam udział w kilku spotkaniach. Podczas niektórych tylko słuchałam, w tych bardziej związanych z IT kilka razy zabrałam głos. To co bardzo mi się podoba do swoboda i szacunek. Ponieważ do aplikacji trzeba mieć zaproszenie i w dodatku podać numer telefonu, dyskusje są kulturalne. Nie ma miejsca na anonimowe komentarze, a aplikacja zapewnia cały zestaw walki z hejtem. Z drugiej strony, spotkania narazie rodzą się bardzo spontanicznie, czasem o dziwnych porach. Ciężko jest się włączyć w dyskusję, jeśli kilka godzin wcześniej nie było wiadomo, że się odbędzie. Nie mam zwyczaju sprawdzania mediów społecznościowych co kwadrans (albo raczej narzucam sobie taki reżim, żeby skupić się na pracy), więc wiele mnie omija. Kolejny raz FOMO.

Dyskusje nie są nagrywane, a szkoda. Dużo ciekawych konstelacji powstało podczas ostatnich kilku dni i dyskusje były naprawdę wartościowe. Fajnie byłoby to przekształcić w podcast, albo odsłuchiwać historyczne nagrania w aplikacji. Znów FOMO, chyba tak powinna się nazywać ta apka xD Wczoraj zorganizowałam swoje pierwsze spotkanie. Zaplanowałam je dzień wcześniej i promowałam na Instagramie. Rozmawialiśmy o budowaniu dobrych nawyków w pracy i nauce. Zaskoczyło mnie to jak spotkanie żyło przez kilka godzin. Ja moderowałam je przez pierwsze trzy(!) Niesamowite było to jak oprócz moich znajomych dołączali obcy ludzie i zabierali głos w dyskusji. Żadnego podważania czyjegoś zdania, żadnych docinek. Po prostu merytoryczne argumenty i ciekawe historie. Są takie media społecznościowe, które kojarzą mi się z przeginaniem (jak Twitter, czy Facebook) i takie, w których jest miejsce na bardziej rzeczowe rozmowy, jak Instagram, a teraz Clubhouse. Myślę, że zabawię tam na chwilę.

Uczetnicy są podzieleni na tych, którzy mogą mówić w każdej chwili oraz publiczność. Osoby z publiczności mogą "podnieść rękę", żeby dołączyć do dyskusji. Można też kogoś przenieść z powrotem do publiczności. Wychodzi się po angielsku, więc cały czas jest rotacja. Spotkania mogą być otwarte, ale można rozmawiać w zamkniętym gronie lub ze "swoją społecznością", czyli osobami, które nas obserwują. 

Niestety obecnie jest dostępna wyłącznie wersja na iOS. Mam nadzieję, że właściciele Androidów również niedługo dołączą i będzie można organizować na przykład odpowiedniki lokalnych meetupów. Takie widzę najciekawsze zastosowanie. Afterek po konferencji, albo wspólne piwo (n.p. wrocławskiego JUGa). Jeśli zastanawiasz się, czym to się różni od np. Discorda, to Clubhouse nie ma grup, do których trzeba być dodanym, żeby podyskutować. O ile Discord fajne sprawdza się w pracy, czy zamkniętych grupach, o tyle w Clubhousie można sobie na przykład pogadać z Elonem Muskiem.

Czy aplikacja przetrwa próbę czasu i nie skończy jak Snapchat? Nie wiadomo. Pewnie dużo zależy od tego, czy wypracujemy sensowny sposób współpracy, która nie zżera wielu godzin dziennie. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jak próbowanie nowych hobby uratowało moje programistyczne życie?

Nie po to skończył*m informatykę, żeby rozmawiać z ludźmi?

Jak się uczyć, żeby się nauczyć?