Powrót do pracy w trybie #slow

 Przeszłam COVID-19. Ponoć miałam dużo szczęścia i lekki przebieg, chociaż była to i tak jedna z bardziej paskudnych rzeczy jakie mi się przydarzyły. Od pewnego czasu choruję grzecznie, tzn. leżę w łóżku albo chociaż pod kocem, jem rosół, piję herbatę i wypoczywam. Przy przeziębieniach to zazwyczaj trwa 2-3 dni, po czym powoli wracam do normalności. Covid zlał mi ponad tydzień w całość. Nie wiedziałam jaki jest dzień tygodnia, ani czy brałam dzisiaj witaminy, czy to może było wczoraj. Potworna słabość, ból absolutnie wszystkiego i możliwość skupienia się wyłącznie na kryminałach na Netflixie i królewskich dramach na YouTubie. O czytaniu nie ma mowy, o pracy tym bardziej.

Po tygodniu zaczęło być lepiej. Przestało mnie wszystko boleć, chociaż pojawiło się mnóstwo innych dolegliwości jak kaszel czy katar. Powoli zaczęła mi też wracać możliwość skupienia, więc powoli zaczynałam pracować. Bardzo powoli. Zaraz przed chorobą miałam rozmowę na Clubhouse o budowaniu marki osobistej i dostałam pytanie o to jak można produkować tyle kontentu i kiedy ja to wszystko robię. To jest moja rzeczywistość. Codziennie uczę się i tworzę nowe treści. Okazało się, że powrót do tego stanu nie jest oczywisty.

Jak zwykle podeszłam z ciekawością do tego co mówiło mi moje ciało. Po otarciu się o wypalenie zaczęłam siebie uważniej słuchać. Zaakceptowałam fakt, że powrót do znanej rzeczywistości zajmie mi więcej niż te 10 dni izolacji. Kiedy zaczynałam się męczyć, odpoczywałam. Nie robiłam sobie żadnych wyrzutów z powodu nicnierobienia. Ponieważ mój mąż zachorował wcześniej, miałam 2-3 dni na domknięcie najważniejszych tematów i nic nie wisiało mi nad głową. To wielki komfort! 



Były oczywiście tematy, które trzeba było ciągnąć dalej. Poświęcałam czas tylko tym rzeczom, inne odsuwając na dalszy plan. Ponieważ moje moce ciągle stanowią maksymalnie 30% tego co normalnie, muszę rozsądnie gospodarować energią. To mnie uczy pokory, ale też określania ważności zadań. Skoro nie mogę zrobić wszystkiego co chcę, to co jest najważniejsze? Z pięciu zwycięstw dziennie zrobiło się jedno, może dwa. 

Czy jakoś bardzo mi to przeszkadza? Niekoniecznie. Mam wreszcie nieograniczony czas na rozkminki i zastanawianie się nad różnymi tematami z przyszłości. Chociaż na codzień znajduję na to czas, to jednak jest go znacznie mniej niż teraz. Ta rzeczywistość w trybie #slow była mi chyba potrzebna. Kiedy wrócę do pełni sił pewnie znów rzucę się w wir moich procesów i nawyków. Dobrze jest czasem zwolnić, nawet jeśli to nie ja podjęłam taką decyzję, tylko zmusiła mnie do tego sytuacja. 

Komentarze

Publikowanie komentarza

Popularne posty z tego bloga

Jak próbowanie nowych hobby uratowało moje programistyczne życie?

Nie po to skończył*m informatykę, żeby rozmawiać z ludźmi?

Jak się uczyć, żeby się nauczyć?